zamów kwartalnik!

Stara i nowa ekonomia społeczna. Polska na tle doświadczeń europejskich

Oddajemy do rąk Czytelników drugi numer kwartalnika "Trzeci Sektor". Głównym tematem tego numeru jest ekonomia społeczna, którą w ostatnim roku zainteresowało się wiele organizacji pozarządowych w Polsce. Tematowi temu poświęcamy pięć przeglądowych artykułów w dziale "Pryzmat" oraz wypowiedzi zamieszczone w "Punktach widzenia". Do problematyki ekonomii społecznej nawiązujemy także w innych działach pisma. W dziale "Prawo" przedstawiamy opinię o Ustawie o zatrudnieniu socjalnym, która współtworzy powstający polski model ekonomii społecznej; w "Variach" zaś prezentujemy opracowanie poświęcone społecznym przedsiębiorcom.

W prezentowanym numerze kwartalnika zachowaliśmy wszystkie działy zaproponowane w numerze pierwszym, a równocześnie - tak jak poprzednio - staraliśmy się utrzymać spójny tematycznie charakter publikacji jako całości. Mamy nadzieję, że nasze wysiłki zostaną życzliwie ocenione przez Czytelników - zarówno prenumeratorów naszego pisma, jak i tych, którzy sięgną po nie zainteresowani problematyką ekonomii społecznej.

Ekonomia społeczna to termin obecnie modny. O ekonomii społecznej dużo się mówi i pisze, zwłaszcza w kontekście aktywnej polityki rynku pracy i poszukiwania skutecznych sposobów usamodzielniania osób ze środowisk marginalizowanych. Podejmowane są liczne przedsięwzięcia z pogranicza działalności gospodarczej i społecznej, z wykorzystaniem środków strukturalnych Unii Europejskiej, zasobów tradycyjnych instytucji ekonomii społecznej oraz niewykorzystanego dotychczas potencjału trzeciego sektora. Przygotowywane są nowe regulacje prawne. Ten sprzyjający klimat stwarza podmiotom sektora ekonomii społecznej szansę rozwoju, ale także przynosi nowe problemy. Przesadne zainteresowanie ekonomią społeczną ze strony decydentów publicznych i związane z tym oczekiwania mogą bowiem - do czego jeszcze wrócę - okazać się równie niebezpieczne jak wcześniejszy niemal zupełny brak zainteresowania.

Na łamach kwartalnika podejmujemy próbę krytycznej analizy ekonomii społecznej w Polsce z perspektywy porównawczej. Staramy się uporządkować podstawowe pojęcia, przedstawiamy nowe formy gospodarki społecznej w Europie oraz analizujemy uwarunkowania ich rozwoju w Polsce. Z racji ogólnego profilu naszego pisma szczególną uwagę poświęcamy rosnącemu znaczeniu organizacji pozarządowych w sektorze ekonomii społecznej, analizując zainteresowanie organizacji podejmowaniem działalności gospodarczej, a zwłaszcza upowszechniane przez ruch nowej gospodarki społecznej tzw. przedsiębiorstwa społeczne, które łączą w sobie cechy organizacji pozarządowej i firmy rynkowej.

Poniżej skrótowo przedstawiam najważniejsze omawiane w drugim numerze kwartalnika kwestie, odwołując się do zamieszczonych na łamach pisma artykułów, z intencją zachęcenia Czytelników do ich pogłębionej lektury.

Ekonomia społeczna - stary czy nowy pomysł?

Polska ma bogate tradycje ekonomii społecznej, rozwijane jeszcze w okresie zaborów i w Drugiej Rzeczypospolitej. Rosnące obecnie zainteresowanie gospodarką społeczną może więc sprawiać wrażenie powracającej fali. Warto przypomnieć, że pierwsza taka "powracająca fala" rozbiła się u progu przemian ustrojowych o falochron modernizacji. Stefan Bratkowski, podejmujący wówczas wysiłki na rzecz upowszechnienia polskiego dorobku gospodarki społecznej okresu międzywojennego, nazywał siebie "głosem wołającym na puszczy". W latach dziewięćdziesiątych spółdzielczość i inne formy wspólnotowego gospodarowania traktowane były bowiem nieufnie, jako relikt realnego socjalizmu, z którego właśnie wychodziliśmy. Spektakularnym niepowodzeniem zakończyła się zwłaszcza próba odrodzenia towarzystw ubezpieczeń wzajemnych, przed drugą wojną światową dominującego typu ubezpieczalni na polskim runku ubezpieczeniowym.

W środowisku Unii Demokratycznej (a następnie Unii Wolności) w minionej dekadzie poszukiwano możliwości odbudowania pozycji towarzystw ubezpieczeń wzajemnych - jednej z klasycznych form ekonomii społecznej. Nawiązano współpracę z partnerami francuskimi współtworzącymi europejski ruch ubezpieczeniowy odwołujący się do idei wzajemności. Szansę dla rozwoju towarzystw upatrywano w reformie systemu ubezpieczeń społecznych, która mogła zawierać zachęty do tworzenia niekomercyjnych ubezpieczalni opartych na idei dobrowolnej solidarności ubezpieczonych. W 1994 r. Bank Światowy przedstawił jednak odmienną koncepcję reformy, która spychała towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych do ubezpieczeniowej "trzeciej ligi". Polska zrealizowała tę koncepcję. Cała "para reformatorska" poszła w tworzenie drugiego filaru kapitałowych funduszy emerytalnych jako programów przezorności indywidualnej. W decydującym momencie debaty publicznej również środowiska eksperckie Unii Wolności poparły tę koncepcję reformy. Towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych nadal odgrywają więc absolutnie marginalną rolę na polskim rynku ubezpieczeniowym.

Opisane niepowodzenie upowszechnienia towarzystw ubezpieczeń wzajemnych wskazuje, że autorzy reform gospodarczych z lat dziewięćdziesiątych nie byli zainteresowani wykorzystaniem wzorów gospodarki społecznej okresu międzywojennego. Sukcesem w zakresie upowszechniania tradycyjnych instytucji ekonomii społecznej okazała się w ubiegłej dekadzie jedynie restauracja spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych. Ich sieć rozwinęła się jednak obok głównego nurtu przemian gospodarczych, a nie na skutek polityki prowadzonej przez państwo.

W obserwowanej obecnie fali zainteresowania ekonomią społeczną nie ma odniesień do dorobku Drugiej Rzeczypospolitej. Zainteresowanie to jest związane z upowszechnianiem się w Europie ruchu nowej gospodarki społecznej, który bliżej charakteryzuje w swym artykule Ewa Leś. Wskazuje ona, że rozwój ruchu jest odpowiedzią na kryzys państwa opiekuńczego (przypomnijmy, że pierwsza fala gospodarki społecznej z przełomu XIX i XX wieku współtworzyła welfare state epoki przyspieszonej industrializacji). Inicjatywy "nowej gospodarki społecznej", w odróżnieniu od "starej", zorientowane są też nie tylko na korzyść członków (zasada wzajemności), ale także na korzyści społeczne, zwłaszcza społeczności lokalnych i środowisk marginalizowanych.

Dodajmy, na co zwraca uwagę Witold Kwaśnicki, że o ile "stara gospodarka społeczna" powstawała oddolnie, o tyle ruch "nowej gospodarki społecznej" wspierany jest odgórnie, zarówno na poziomie Unii Europejskiej, jak i państw członkowskich. Gdy gospodarka społeczna rozwijała się oddolnie, stanowiła uzupełnienie zarówno sektora komercyjnego, jak i państwowego. Nowe podejście - odgórnego wzmacniania tego sektora - może zaś prowadzić do powstania konkurencji międzysektorowej lub do poddania instytucji ekonomii społecznej daleko posuniętej administracyjnej kontroli i uzależnienia od publicznych dotacji.

Ekonomia społeczna czy gospodarka społeczna?

Termin "ekonomia społeczna" nie wydaje się najszczęśliwszym polskim odpowiednikiem angielskiego terminu social economy czy francuskiego l'économie sociale. Witold Kwaśnicki podkreśla, że bardziej poprawne byłoby używanie terminu "gospodarka społeczna". Ewa Leś zwraca uwagę, że w literaturze używane są również inne terminy, jak np. "gospodarka obywatelska" czy "ekonomia solidarności".

W kwartalniku terminy "ekonomia społeczna" i "gospodarka społeczna" występują zamiennie, w zależności od preferencji autorów. W tłumaczeniach tekstów zagranicznych stosujemy termin "ekonomia społeczna". Chcemy jednak podkreślić przyjętą konwencję językową: nie chodzi o ekonomię społeczną jako gałąź ekonomii - dyscypliny naukowej, ale o wyodrębniany ze względu na swą specyfikę sektor gospodarki, w którym w sposób unikatowy kojarzona jest działalność gospodarcza z celami społecznymi.

Działalność ta powinna być ekonomicznie rentowna przy równoczesnym wbudowaniu mechanizmów ograniczających dążenie do maksymalizacji zysku. Z jednej więc strony mamy oddolne inicjatywy podmiotów prywatnych i społecznych, wchodzące w przestrzeń typowej działalności usługowej lub produkcyjnej; z drugiej zaś - niespotykane na rynku obostrzenia w zakresie wielkości wypracowywanego zysku oraz sposobu jego dystrybucji (do kogo trafia?) i wykorzystania (jak jest ostatecznie spożytkowany?). Wydaje się, że współczesne podmioty ekonomii społecznej najtrafniej opisuje formuła not-for-private-profit.

Rozrost tak zdefiniowanego sektora ekonomii społecznej budzi obawy z dwóch stron. Sektor gospodarki rynkowej obawia się zjawiska "nieuczciwej konkurencji". Wskazuje się, że podmioty ekonomii społecznej mogą "popsuć rynek", korzystając w swej działalności - jako instytucje niekomercyjne - z ulg, subsydiów i innych form wsparcia ze strony państwa. Witold Kwaśnicki argumentuje przeciw istnieniu takich przywilejów, podkreślając, że również podmioty rynkowe realizują cele społeczne, i to nie tylko w ramach programów "społecznej odpowiedzialności" biznesu. Klasyczna myśl liberalna, bliska temu autorowi, przyjmuje bowiem, że to właśnie konkurencja rynkowa o klientów wymusza na poszukujących zysku przedsiębiorstwach prowadzenie działalności społecznie użytecznej.

Krytycy liberalnego nurtu w teorii ekonomicznej podkreślają jednak, że z natury wolnego rynku wynika, iż wyrzuca on poza obręb społecznej wymiany dóbr grupy tzw. wysokiego ryzyka. Na wolnym rynku nie kupi towarów ten, kto nie ma czym zapłacić, a swej pracy nie sprzeda ten, kto jest mniej wydajny od innych. Tradycyjnie rolą organizacji trzeciego sektora (a następnie także państwa opiekuńczego) było właśnie korygowanie rynkowej alokacji dóbr i usług. Organizacje te prowadziły działalność charytatywną, dostarczając niezbędne dobra tym, których nie stać było na ich zakupienie.

Ruch nowej gospodarki społecznej podejmuje dodatkowo próby przywrócenia na rynek pracy bezrobotnych ze wspomnianych grup "wysokiego ryzyka". Ponieważ podmioty dążące do maksymalizacji zysku zazwyczaj nie są zainteresowane ich zatrudnianiem, miejsca pracy dla osób wykluczonych tworzą organizacje pozarządowe, wspomagając powstawanie spółdzielni socjalnych (por. poświęcone takim spółdzielniom opracowanie Moniki Loss) lub uruchamiając przedsiębiorstwa społeczne (doświadczenia brytyjskie w tym zakresie przedstawia Mike Aiken). Autor ten podkreśla jednak, że pojawienie się kategorii zysku w organizacjach statutowo niekomercyjnych może doprowadzić do zmiany ich tożsamości.

Można stwierdzić, że tradycyjna ekonomia liberalna i tradycyjna koncepcja trzeciego sektora opowiadają się zgodnie za rozdzieleniem działalności gospodarczej i społeczno-charytatywnej. W tym ujęciu filantrop zarabia na rynku, a zysk (czy raczej jego część) dystrybuuje kanałami organizacji trzeciego sektora. Obecnie obserwowana jest jednak tendencja do przekraczania tradycyjnych podziałów sektorowych, co znajduje odzwierciedlenie na poziomie najnowszych teorii trzeciego sektora. Wprawdzie Witold Kwaśnicki chciałby, aby ekonomia społeczna była komplementarna wobec gospodarki rynkowej i rozwijała się tam, gdzie zawodzą mechanizmy rynkowe, ale zwolennicy ruchu nowej gospodarki społecznej nie zadowalają się niszowym umiejscowieniem swych przedsięwzięć. Mike Aiken (na przykładzie Wielkiej Brytanii) i Monica Loss (na przykładzie Włoch) pokazują, jak firmy społeczne i spółdzielnie socjalne wchodzą na "normalne" rynki usług, podejmując wyzwanie konkurencyjności.

Czy jednak formuła not-for-private-profit będzie wystarczającym zabezpieczeniem przed pełną komercjalizacją tych podmiotów i ich faktycznym "wchłonięciem przez rynek", pozostaje kwestią otwartą. Niebezpieczeństwo tkwi także w możliwej protekcjonistycznej polityce państwa, które, wyznaczając standardy chroniące instytucje ekonomii społecznej przed nadmiernym urynkowieniem, równocześnie zapewnia ich przetrwanie w warunkach konkurencji - a tym samym narzuca im logikę funkcjonowania instytucji publicznych, strukturalnie korzystających ze środków publicznych i odgórnie zarządzanych.

Przedsiębiorczość społeczna, przedsiębiorstwo społeczne, przedsiębiorca społeczny

Mike Aiken analizuje proces rosnącego zainteresowania trzeciego sektora prowadzeniem działalności gospodarczej, wskazując na fenomen przedsiębiorstwa społecznego. Ryszard Praszkier i Andrzej Nowak omawiają zaś przedsiębiorczość społeczną i kreślą portret przedsiębiorcy społecznego. Jak mają się do siebie te trzy terminy?

Praszkier i Nowak zwracają uwagę, że przedsiębiorczość społeczna to w szerokim rozumieniu postawa, zdolność podejmowania nowych przedsięwzięć (i związanego z tym ryzyka) "na własny rachunek", to innowacyjność prowadzonych działań. To coś więcej niż społeczne zaangażowanie biznesu, a jednocześnie coś więcej niż działalność gospodarcza organizacji non-profit podejmowana w celu "podreperowania" budżetu.

Jak zauważają przywoływani autorzy, potocznie (także, niestety, na poziomie nauczania akademickiego) przedsiębiorczość utożsamiana jest jednak z zakładaniem przedsiębiorstwa. Analogicznie przedsiębiorcą społecznym w tym ujęciu byłby założyciel przedsiębiorstwa społecznego. Praszkier i Nowak proponują znacznie szerszą definicję. Przedsiębiorca społeczny to, ich zdaniem, jednostka dążąca do wywołania w swoim otoczeniu zmiany społecznej, oddziałująca w tym celu na środowisko swoją osobą, a nie tylko wykorzystująca formalne uprawnienia związane z pełnieniem zinstytucjonalizowanych ról społecznych i zawodowych. Przedsiębiorcą społecznym może być każdy: społecznik, urzędnik, biznesmen. Każdy, kto, dążąc do zmiany społecznej, wykorzystuje kapitał społeczny wspólnot, w których i dla których prowadzi działalność. To łączy przedsiębiorcę społecznego z sektorem ekonomii społecznej, gdyż - jak podkreśla Tomasz Kaźmierczak - istotą ekonomii społecznej jest właśnie sprzężenie zwrotne między działalnością gospodarczą i kapitałem społecznym.

Przedsiębiorstwo społeczne, jak wskazują Mike Alken i Ewa Leś, to z kolei podmiot spełniający równocześnie kryteria ekonomiczne, takie jak zatrudnianie płatnego personelu, podejmowanie ryzyka ekonomicznego, prowadzenie działalności dochodowej oraz kryteria społeczne, takie jak oddolne założenie przez obywateli, partycypacyjny styl zarządzania czy korzyść społeczna. Funkcjonowanie przedsiębiorstwa społecznego, jak zauważa Ewa Leś, opiera się na równowadze rynkowych i nierynkowych źródeł finansowania oraz pracy płatnej i wolontariatu.

Działalność przedsiębiorstwa społecznego niesie ze sobą problemy natury zarówno prawnej, jak i etycznej. Pojawia się m.in. wpisane w logikę działalności gospodarczej ryzyko bankructwa. Co więcej, ryzyko ekonomiczne jest tym większe, im beneficjenci, dla których tworzy się w przedsiębiorstwach społecznych miejsca pracy, są bardziej zmarginalizowani (mają różnego rodzaju dysfunkcje, niższe kwalifikacje i są mniej wydajni). Problem jest tym większy, że - jak zaznacza Anna Królikowska - wątpliwości w kwestii kredytowania działalności instytucji ekonomii społecznej mają banki, dostrzegając wspomniane podwyższone ryzyko wyniku gospodarczego oraz dłuższy czas oczekiwania na zwrot inwestycji. Czy można więc inwestować w taką działalność środki pochodzące od darczyńców? Czy organizacja pozarządowa może ogłosić bankructwo? Czy można być równocześnie organizacją pozarządową i firmą?

Przedsiębiorstwo społeczne stwarza także sytuację, w której działalność gospodarcza może być prowadzona przy wykorzystaniu pracy wolontariuszy. Czy nie jest to przekroczeniem kolejnej granicy tradycyjnie odróżniającej sektor społeczny od rynkowego?

Idea przedsiębiorstwa społecznego jest dla organizacji pozarządowych atrakcyjna. Moim zdaniem nie należałoby jednak sprowadzać społecznej przedsiębiorczości tylko do tej konkretnej prawnej formy działalności. Tym bardziej przedsiębiorcy społecznego nie należy utożsamiać z założycielem instytucji not-for-private-profit, choć z kolei definicja Praszkiera i Nowaka wydaje się zbyt szeroka.

Rozwój zatrudnienia w trzecim sektorze: nowe miejsca pracy czy nowy podział pracy?

Kwestią niezwykle istotną dla oceny efektywności gospodarki społecznej jest empiryczna weryfikacja tezy, że dzięki jej rozwojowi powstają nowe miejsca pracy. Czy ten rozwój można mierzyć rosnącą stopą zatrudnienia i malejącą stopą bezrobocia? Czy też, jak sądzą sceptycy, dostęp do środków publicznych pozwala instytucjom ekonomii społecznej tworzyć nowe miejsca pracy, ale kosztem wypierania z lokalnych rynków firm nie korzystających z subsydiów czy preferencyjnych kontraktów? Słowem, powstaje pytanie, czy inwestycja w ekonomię społeczną to gra o wyniku dodatnim czy o sumie zerowej?

Na to pytanie nie jest łatwo odpowiedzieć. Wydaje się, że na różnych lokalnych rynkach pracy sytuacja może być zróżnicowana. Niewątpliwie znacznie bardziej pożądane jest tworzenie (i utrzymanie bez strukturalnych dotacji publicznych) dodatkowych miejsc pracy. Ale również "gra o sumie zerowej" może być oceniana pozytywnie. Oznacza de facto "dzielenie się pracą" z osobami ze środowisk marginalizowanych ekonomicznie i społecznie.

Równocześnie gra o sumie zerowej to sytuacja, w której między podmiotami sektorów gospodarki społecznej i rynkowej dochodzi do konkurencji. Należy jednak zaznaczyć, że subsydiowanie przez Unię Europejską miejsc pracy powstających w instytucjach ekonomii społecznej poprzedzone zostało pozbawioną większych sukcesów polityką interwencjonistycznego tworzenia nowych miejsc pracy w sektorze komercyjnym. Formułowany z perspektywy liberalnej zarzut o ekspansywności instytucji ekonomii społecznej korzystających z subsydiów oznacza więc pośrednio przyznanie, że wsparcie publiczne jest w tym sektorze lepiej wykorzystywane niż wcześniej w sektorze czysto rynkowym.

Jest to równocześnie argument przemawiający za tezą, że koszty pracy w Unii Europejskiej są zbyt wysokie. Istotną cechą gospodarki społecznej jest bowiem to, że rozwijane w jej ramach zatrudnienie jest w znacznym stopniu zatrudnieniem nietypowym, a przez to tańszym. Popularne są tu elastyczne jego formy, takie jak zatrudnienie w niepełnym wymiarze czasu pracy, zatrudnienie projektowe, praca na umowę-zlecenie itp. Przede wszystkim jednak szeroko wykorzystywana jest praca świadczona przez wolontariuszy.

Szacując potencjał rozwojowy gospodarki społecznej, należy jednak zachować odpowiednie proporcje. Na razie, jak podkreśla Witold Kwaśnicki, nawet kilkunastoprocentowy wzrost zatrudnienia w tym sektorze może się przełożyć (jeśli nie jest to gra o sumie zerowej) na ledwo zauważalny punktowy wzrost ogólnej stopy zatrudnienia. Założenie, że rozwijając gospodarkę społeczną, można w Polsce rozwiązać problem niemal 20-procentowego bezrobocia jest więc utopijne.

Tymczasem w tej właśnie kwestii polscy decydenci wydają się zbytnimi optymistami. Dlatego, moim zdaniem, nie ma się co cieszyć, że dzisiaj chętnie popierają ekonomię społeczną. Mogą równie szybko porzucić ten "priorytet rozwojowy", jeśli nie będzie szybkich i znaczących "prozatrudnieniowych efektów netto". Koncepcja "ekonomii społecznej jako remedium na bezrobocie" przypomina popularne kilka lat temu przekonanie, że kapitalizacja oszczędności w otwartych funduszach emerytalnych zabezpieczy nas przed skutkami starzenia się społeczeństwa. Tymczasem nie ma prostych recept na problemy strukturalne. Ekonomia społeczna nie obniży znacząco ogólnej stopy bezrobocia w Polsce, podobnie jak drugi filar nie uchroni nas przez spadkiem tzw. stopy zastąpienia płacy przez emeryturę.
Ekonomia społeczna stwarza natomiast realną szansę aktywności zawodowej tym, którzy ze względu na niepełnosprawność, dysfunkcje, choroby i inne czynniki pracują mniej wydajnie, a przez to są wypychani z normalnego rynku pracy. W Polsce spodziewany jest zwłaszcza wzrost zatrudnienia wspieranego w ramach spółdzielni socjalnych. Monica Loss przedstawia portret włoskich spółdzielni socjalnych, na których wzorował się polski projektodawca Ustawy o zatrudnieniu socjalnym, a także obecnie dyskutowanego projektu Ustawy o spółdzielniach socjalnych. Włoskie spółdzielnie socjalne dzielą się na dwa typy: spółdzielnie typu A (usługi socjalne i edukacyjne) i typu B (reintegracja zawodowa). Pierwsze są firmami produkcyjnymi działającymi w niszowych obszarach usług społecznych, drugie bardziej przypominają aktywizujące programy szkoleniowe.

Tomasz Kaźmierczak zaznacza, że taką podwójną naturę (rozwój kapitału ludzkiego poprzez edukację / zatrudnienie wspierane) mają również programy reintegracyjne uruchamiane w ramach powstających w Polsce centrów integracji społecznej. Przewiduje też, że odmienne funkcje z czasem będą dominować w centrach prowadzonych przez administrację publiczną i przez organizacje pozarządowe. Autor omawia w tym kontekście doświadczenia amerykańskiego programu GAIN, który posłużył jako pilotaż do generalnej przebudowy amerykańskiego systemu pomocy społecznej w kierunku wsparcia aktywizującego. Czy polskie centra okażą się podobnym poligonem doświadczalnym dla aktywnej polityki społecznej? Niestety, równocześnie z uchwaleniem Ustawy o zatrudnieniu socjalnym w Polsce zreformowany został system świadczeń rodzinnych. Przy czym nasz system został upodobniony do amerykańskiego programu AFDC, który - właśnie dzięki doświadczeniom programu GAIN - został zlikwidowany jako demotywujący klientów. Niespójność polskiej polityki społecznej jest tu aż nadto widoczna.

Nadmiar czy niedobór kapitału finansowego?

Ewa Leś zaznacza, że akces organizacji pozarządowych do nowego ruchu ekonomii społecznej związany jest z poszukiwaniem przez nie źródeł finansowania, uniezależniających je od dotacji publicznych oraz prywatnych darczyńców. Ten aspekt wydaje się istotny zwłaszcza w Polsce, gdzie kondycja finansowa sektora pozarządowego jest relatywnie słaba.

Tymczasem Paul Jansen i David Katz analizują kwestię, czy dla organizacji pozarządowych problemem może być nie niedobór, ale nadmiar środków finansowych oraz jakie są koszty nie wydawania funduszy zgromadzonych na kontach organizacji? Autorzy analizują sytuację organizacji non-profit w Stanach Zjednoczonych (tekst jest polskim tłumaczeniem artykułu opublikowanego w języku angielskim w czasopiśmie McKinsey Quarterly). Jednak problem nadmiaru środków tylko na pozór wydaje się w warunkach polskich czysto abstrakcyjny. Warto przypomnieć doświadczenie pierwszych lat funkcjonowania Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Twórcy polskiego systemu rehabilitacji zawodowej osób niepełnosprawnych byli przekonani, że przedsiębiorcy będą unikali płacenia specjalnego podatku na PFRON i zatrudniali osoby niepełnosprawne (zatrudnianie niepełnosprawnych zwalnia z tego podatku). Stało się jednak inaczej. PFRON okazał się nieprzygotowany do obsługi relatywnie dużych środków, jakie otrzymał. Pojawiła się wówczas koncepcja zakładania lokat terminowych, aby w przyszłości dysponować jeszcze większymi środkami. Po co jednak dysponować większymi zasobami finansowymi, jeśli nie ma pomysłu na racjonalne spożytkowanie mniejszych? To jest właśnie istota problemu stawianego przez Jansena i Katza. Ich zdaniem, po osiągnięciu przez organizację non-profit pewnego poziomu zgromadzonego kapitału żelaznego, można mnożyć środki w nieskończoność, wykorzystywać silną pozycję na rynku w celu pozyskiwania coraz to nowych darczyńców, bez wizji rozwoju działalności organizacji. Problem nie wynika jednak z samej wysokości zgromadzonych środków, ale z dysproporcji między ich wielkością a wyobraźnią kadr zarządzających.

Czy i kiedy podobna sytuacja może spotkać polskie organizacje pozarządowe? Teresa Zagrodzka i Tomasz Bruski pokazują, że organizacje pozarządowe już dzisiaj mają kłopoty z racjonalnym zarządzaniem środkami pozostającymi w ich dyspozycji. Wiele organizacji, narzekając na niedobór środków, pozbawia się dodatkowych dochodów z lokowania funduszy pozyskanych na realizację projektów, przechowując je do momentu spożytkowania na kontach a vista. Uwagi Bruskiego i Zagrodzkiej, wsparte wynikami badań Stowarzyszenia Klon/Jawor prezentowanymi przez Martę Gumkowską wskazują, że w polskiej rzeczywistości problemem mogą być nie tyle astronomiczne sumy na kontach, ile brak umiejętności zarządzania i bariery mentalnościowe. Tymczasem podejmowanie przez organizacje aktywności gospodarczej, w ramach zainteresowania ekonomią społeczną, podnosi poprzeczkę w zakresie umiejętności zarządczych i standardów rachunkowości. Na dodatek brakuje niektórych instrumentów aktywnego zarządzania. Anna Królikowska wskazuje m.in. na problem wysokich kosztów oraz małych możliwości pozyskiwania przez instytucje ekonomii społecznej gwarancji bankowych dla otrzymywanych środków unijnych. Bariera ta w pierwszej kolejności dotyka właśnie organizacje pozarządowe. Zagrodzka i Bruski wskazują zaś na ograniczone możliwości aktywnego inwestowania środków, zwracając równocześnie uwagę na potrzebę i możliwość rozwijania przez organizacje pozarządowe - wzorem Czech i Słowacji - programów wspólnego inwestowania.

Zdajemy sobie sprawę, że część Czytelników może uznać wywołany przez nas problem za przedwczesny. Chcemy jednak na łamach kwartalnika dyskutować nie tylko o tym, jak jest, ale także o tym, jak być może oraz jak być powinno.

Ekonomia społeczna a więzi społeczne

W dziale "Varia" zamieszczamy socjologiczny komentarz Edmunda Wnuka-Lipińskiego o społecznych reakcjach Polaków na śmierć papieża Jana Pawła II. Reakcje te charakteryzowały się: oddolną spontanicznością (wyprzedzały zarówno działania hierarchii kościelnej, jak i służb państwowych) oraz udziałem ludzi młodych, dla których wspólnotowe nabożeństwa i marsze stanowiły przeżycie pokoleniowe budujące zbiorową pamięć. Spontaniczne akcje były też manifestacją zdolności samoorganizacyjnych naszego społeczeństwa. Zdaniem Wnuka-Lipińskiego rezultatem tego doświadczenia mogą być narodziny nowego zbiorowego aktora na scenie publicznej, a zwłaszcza w sektorze pozarządowym, aktora w większym stopniu zainteresowanego urzeczywistnianiem wartości społecznych niż realizacją grupowych czy środowiskowych interesów. Teza ta wymaga pogłębionej refleksji na łamach "Variów", gdzie staramy się inicjować dyskusję na temat stanu i szans rozwojowych społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Zapraszamy więc do udziału w niej Czytelników i przesyłania do redakcji kwartalnika swoich komentarzy i uwag.

Na analizowane przez Wnuka-Lipińskiego doświadczenie solidarności w okresie tygodnia żałoby narodowej warto jednak spojrzeć także w kontekście szans rozwojowych ekonomii społecznej. Spontaniczne reakcje społeczne po śmierci Jana Pawła II ujawniły, pomijając oczywisty kontekst religijny, zapotrzebowanie Polaków na doświadczenia więziotwórcze. Przemiany ustrojowe ostatniego piętnastolecia miały charakter wyraźnie prorynkowy i indywidualistyczny. Być może w pewnym stopniu tak musiało być w pierwszym okresie budowania gospodarki rynkowej, być może była to w jakimś stopniu projekcja oczekiwań wielu z nas, dostrzegających w nowym ustroju szansę na indywidualne wzbogacenie się. Moim jednak zdaniem ten stan rzeczy przynajmniej częściowo wynika z zaniedbania decydentów. Autorzy reform dosyć jasno określili bowiem polityczne i gospodarcze aspekty nowego ustroju, zabrakło im zaś wizji ładu społecznego. Być może przeżycia powielkanocnego tygodnia odsłaniają te same pokłady społecznej wrażliwości Polaków co rosnące w ramach popularyzacji ekonomii społecznej zainteresowanie udzielaniem wsparcia osobom marginalizowanym i wykluczonym. Jeśli tak, to ruch nowej gospodarki społecznej ma szansę, aby zyskać w Polsce silny mandat społeczny.

   
Marek Rymsza
Redaktor Naczelny
 
Instytut Spraw Publicznych; ul. Szpitalna 5 lok. 22; 00-031 Warszawa; tel. /22/ 556 42 60; fax /22/ 556 42 62; e-mail: isp@isp.org.pl